Drogi do innych światów nie są podobne do samochodowych magistrali. W kosmosie obowiązują własne obliczenia tras. Grawitacja ciał niebieskich zakrzywia trajektorie statków kosmicznych, zamieniając je albo w krzywe zamknięte — elipsy, albo w otwarte — hiperbole. Tymi drogami przeszło już dziś około stu Ziemian. Połowa z nich to obywatele ZSRR, siedmiu — przedstawiciele bratnich krajów socjalistycznych, pozostali — amerykańscy astronauci. Łączny czas pobytu człowieka w kosmosie przekracza 5 lat. (Jedna piąta tego okresu przypada na dwukrotnego Bohatera Związku Radzieckiego Walerego Riumina.)
Dziewięciu radzieckich kosmonautów przebywało na orbicie trzykrotnie (W. Szatałow, A. Jelisejew, P. Klimuk, W. Bykowski, N. Rukawisznikow, W. Riumin, W. Kubasow, W. Gorbatko, O. Makarow), wielu — dwukrotnie.
Kolosalnie wzrosła długość lotu kosmicznego — od 108-minutowego okrążenia Jurija Gagarina do ponad półrocznej ekspedycji L. Popowa i W. Riumina. Niemal o rząd wielkości zwiększyła się także masa statków kosmicznych — od 3,5 t statku-satelity „Wostok” do 32,5 t współczesnego kompleksu orbitalnego, na którego pokładzie znajduje się 2,5 t samej aparatury naukowej.
Wszystkie te sukcesy osiągnięto dzięki silnikom chemicznym o mocy milionów koni mechanicznych. To one wyniosły Jurija Gagarina w jego historyczny oblot Ziemi. To dzięki nim Amerykanie dotarli na Księżyc. To one pozwoliły człowiekowi sięgnąć automatycznymi sondami Marsa, Wenus, Merkurego, Jowisza i Saturna. Jednak do pełnego opanowania Układu Słonecznego takie silniki nie wystarczą.
W przyszłości pojawią się nowe, wygodniejsze i bardziej efektywne — przede wszystkim oparte na reaktorze jądrowym przystosowanym do celów kosmicznych. Rozżarzone gazy będą wydobywać się z dysz atomowego statku kosmicznego z prędkością znacznie większą niż obecnie; dlatego taki statek będzie potrzebował mniejszego zapasu paliwa. A to oznacza, że nie trzeba będzie rozpędzać zbędnego „balastu”, w rezultacie prędkości statków również istotnie wzrosną.
Już dziś uczeni teoretycznie opracowują różne warianty wykorzystania energii atomu do podróży kosmicznych. Na przykład ciekły reaktor jądrowy pozwoli ogrzewać wodór do temperatury powyżej 3000 °C. Ciąg takiego silnika może pięćdziesięciokrotnie przewyższać jego masę.
Gazowy reaktor jądrowy podgrzeje wodór już do 30 000 °C — prędkość wypływu gazu i moc silnika znacznie wzrosną. A generator MHD na paliwie jądrowym da ciąg przekraczający masę rakiety tysiąckrotnie. Prędkość wypływu gazów wzrośnie do 100 km/s. Będzie on mógł pracować w sposób ciągły przez długie miesiące.
Kolejny etap to silnik izotopowy, który zapewni prędkość wylotu cząstek alfa około 10 000 km/s. Ciąg takiego silnika może milionkrotnie przewyższać jego masę, a czas pracy będzie określony jedynie okresem półrozpadu wybranego aktywnego izotopu i wyniesie lata.
Wszystkie te projekty mają na razie wyłącznie charakter teoretyczny. Jednak ich wdrożenie do praktyki kosmonautyki nastąpi, jak się wydaje, w niezbyt odległej przyszłości.
W dalszej perspektywie rysują się jeszcze nie do końca wyraźne kontury rakiety fotonowej, która będzie rozpędzana dzięki ciśnieniu światła. W jej silniku anihilacyjnym materia i antymateria będą się łączyć, całkowicie zamieniając w promieniowanie i wydzielając energię nieporównanie większą niż jakikolwiek inny proces jądrowy. Co prawda, obecnie zbyt wcześnie mówić o praktycznym zastosowaniu takich silników: nie nauczyliśmy się jeszcze wytwarzać antymaterii w choćby zauważalnych ilościach. Nie można jednak wykluczyć, że to właśnie rakieta fotonowa poniesie człowieka ku innym systemom planetarnym.
Tym niemniej arsenał przyszłych zdobywców kosmosu bynajmniej nie ogranicza się do rakiet — zarówno chemicznych, jak i jądrowych. Pewne ręce konstruktorów rysują już szczegółowo znacznie bardziej egzotyczne środki transportu. Wśród nich są żagle słoneczne, elektromagnetyczne katapulty do dostarczania materiałów z Księżyca, grawilety, statek laserowy — swoisty kosmiczny „trolejbus”, do którego energia doprowadzana jest tysiąckilometrowym „przewodem” wiązki laserowej. Wreszcie najbardziej zdumiewający projekt — zaproponowana przez leningradzkiego inżyniera Jurija Arcutańowa „winda kosmiczna”, której konstrukcja jest czytelnikom „TM” doskonale znana dzięki powieści science fiction Arthura Clarke’a „Fontanny raju”, opublikowanej w ubiegłym roku.
Jakkolwiek by było, nie minie wiele czasu i w przestrzeń okołoziemską będą mogły co roku wylatywać (lub wznosić się windami kosmicznymi) tysiące Ziemian, potwierdzając prorocze słowa K. E. Ciołkowskiego, że ludzkość nie pozostanie na zawsze w swojej kołysce. Nieuchronnie jednak pojawia się pytanie: po co mamy opuszczać piękną i tak gościnną Ziemię?
Przecież urodziliśmy się na Ziemi. Tu żyli nasi przodkowie, którzy stworzyli wszystko to, co nazywamy kulturą ludzką, oraz „drugą naturę” obok tej, która przez miliony lat zdobiła naszą błękitną planetę. Dokąd więc mielibyśmy lecieć od takiego piękna?
Czy jednak pozostanie ono na wieki? — wątpią niektórzy zwolennicy masowego wyjścia w kosmos. Szybko rozmnażająca się ludzkość, jak twierdzą, wkroczyła w zastrzeżoną sferę pierwotnej przyrody. Ludzie pocięli ziemię kanałami, autostradami i liniami kolejowymi; spalili i wykarczowali lasy, tworząc bezkresne obszary pól; bezlitośnie i bezwzględnie zanieczyścili wody rzek i jezior ściekami przemysłowymi. Zmącili atmosferę dymami niezliczonych zakładów, spalinami samochodów i samolotów odrzutowych, a nawet targnęli się na ocean, wznosząc nad nim platformy wiertnicze i puszczając po nim supertankowce, często ulegające katastrofom i pokrywające oleistą powłoką kolosalne „wodne płuca” naszej planety...
Minie zaledwie kilka lat — uważają wspomniani „entuzjaści kosmonautyki” — i życie na kuli ziemskiej stanie się niemożliwe. Po wyczerpaniu zasobów energetycznych, surowców mineralnych i wody pitnej, po zatruciu powietrza gazem i dymem, człowiek będzie po prostu zmuszony przenieść się w kosmos, aby ocalić siebie i swoje potomstwo...
Oczywiście tym ponurym proroctwom nie jest dane się spełnić. Ludzkość już dziś poważnie zastanawia się zarówno nad zachowaniem starych i poszukiwaniem nowych źródeł energii, jak i nad ochroną przyrody przed oddziaływaniami przemysłowymi oraz nad szkodliwością odpadów radioaktywnych powstających podczas prób bomb jądrowych i pracy elektrowni atomowych. Nie pozwolimy skrzywdzić „najlepszego z możliwych światów”. Nigdy nie zamieni się on w podobieństwo bezżyciowego Marsa — w rodzaj planety-Pustyni z korytami wyschniętych rzek i fantastycznych rozmiarów kanionami — śladami pradawnych potoków, które wyschły w niepamiętnych czasach...
Nasza Ziemia w przyszłości stanie się jeszcze piękniejsza, a masowe wyjście w kosmos będzie oznaczało bynajmniej nie ucieczkę, lecz dążenie do „światła i przestrzeni”, używając słów genialnego Ciołkowskiego. Kosmos jest ludziom potrzebny ze względu na swoje niezmierzone przestrzenie, niewyczerpane zasoby energetyczne i rudne. I po uruchomieniu istniejących już dziś laboratoriów kosmicznych ludzie przystąpią do budowy bardziej znaczących obiektów — najpierw niewielkich „osiedli eterycznych”, a potem całych miast orbitalnych.

SPACER ULICAMI ASTROGRODU
810218.jpg
Swerdłowski artysta-fantasta W. BURMISTROW zajął pierwsze miejsce w konkursie
„Czas — Przestrzeń — Człowiek”. Na obrazie „Kwiaty nieba” przedstawiono
stacje energetyczne przyszłości — swoisty hybrydowy twór uwięzionego
aerostatu i „windy kosmicznej”.
A tytuł obrazu — „Orbitalna stacja kosmiczna
„Inter-2007” — mówi sam za siebie.
Jakimi więc drogami pójdzie to gigantyczne budownictwo? Obecny etap to laboratoria dla kilku osób, kosmiczne mieszkania i miejsca pracy dla odważnych badaczy. Brakuje w nich jeszcze zamkniętego cyklu podtrzymywania życia — w razie potrzeby „kosmiczny dom” jest stale uzupełniany w wodę, paliwo, tlen i żywność. Do stworzenia zamkniętego cyklu na niewielkiej stacji kosmicznej nie wystarcza ani objętości, ani zasobów energetycznych.
Najprawdopodobniej liczba takich laboratoriów będzie nieustannie rosła, a ich rozmiary zwiększały się, aby kosmonautom było wygodniej żyć i pracować na orbicie. Nowe stacje przyjmą na pokład dziesiątki specjalistów. Ich populacja (pojęcie „załoga” najwyraźniej przestaje tu pasować) będzie okresowo odnawiana, jak ma to miejsce na Antarktydzie lub na dryfujących stacjach „Biegun Północny”. Naukowcy pracują tam w niezwykle trudnych warunkach klimatycznych przez określony czas, a następnie wracają na Wielką Ziemię w celu naukowej analizy uzyskanych danych. Dokładnie tak samo na Ziemię powrócą kosmonauci osiedli orbitalnych, po przepracowaniu w otwartej przestrzeni być może kilku lat.
Z biegiem lat pojawi się także kwestia tworzenia astropolisów — prawdziwych miast kosmicznych z populacją sięgającą dziesiątek i setek tysięcy mieszkańców. Jednak nawet w takich ośrodkach ludzie najpewniej będą przebywać tylko czasowo, realizując konkretne zadania badawcze lub produkcyjne. Na stałe najlepiej jednak mieszkać na naszej pięknej Ziemi, obdarzającej nas błękitnym niebem, zielonymi przestrzeniami oraz świeżością powietrza i wody.
Astrogrod jest jednak planecie potrzebny — jako jej wysunięty w kosmos przyczółek. Będą tu działać najbardziej niezwykłe zakłady: cała produkcja techniczna przebiegać będzie w warunkach nieważkości i całkowitej próżni. Nie da się ich uzyskać na Ziemi, a są one niezbędne do wytwarzania stopów o cudownych właściwościach, ultraczystych półprzewodników, kryształów dla optyki laserowej i wielu innych materiałów potrzebnych technice jutra.
Jak może wyglądać pozaziemskie osiedle badaczy i testerów? Przyjmijmy, że mimo nieważkości i braku naturalnej atmosfery w „miastach eterycznych” należy stworzyć warunki jak najbardziej zbliżone do znanych, ziemskich. Oznacza to, że nie do przyjęcia są ciasne metalowe kule czy cylindry, z których niegdyś budowano pierwsze laboratoria kosmiczne. Pojawi się tu pożądana przez człowieka przestrzeń, stale świeże powietrze oraz sztuczne krajobrazy. Wszystkie cykle podtrzymywania życia będą oczywiście zamknięte.
W strefie mieszkalnej konieczne będzie także stworzenie sztucznej grawitacji — nieważkość, jak dziś wiemy, jest dobra jedynie dla nauki i produkcji. Trzeba będzie też zmierzyć się z problemami, które my, ziemianie, rozwiązujemy bez zastanowienia. Na przykład koniecznie trzeba przewidzieć możliwość uprawiania sportu — zarówno tradycyjnych dyscyplin, jak i nowych, które pojawią się w specyficznych warunkach kosmosu.
Zadania stojące przed przyszłymi budowniczymi astrogrodów są więc ogromne. Są one jednak bez wątpienia wykonalne. Co więcej, materiałów do „niebiańskich budów” dostarczy nie tylko Ziemia. Ze względów energetycznych korzystniej będzie sprowadzać je z Księżyca, a także z asteroid, których w Układzie Słonecznym jest bardzo wiele.
Zgodnie z jednym z najciekawszych projektów astropolis ma postać gigantycznego cylindra o średnicy kilku kilometrów. Obraca się on wokół swojej osi podłużnej — powstająca w ten sposób siła odśrodkowa dociska ludzi i różne przedmioty do jego wewnętrznej powierzchni, tworząc sztuczną grawitację. Bardzo możliwe, że mieszkańcy astrogrodu będą woleli, aby była ona nieco mniejsza niż ziemska, lecz nie na tyle, by w organizmie człowieka zachodziły jakiekolwiek zmiany fizjologiczne.
Większą część wewnętrznej powierzchni gigantycznego cylindra pokryje sztuczna gleba, na której zostaną posadzone drzewa i trawy. Rośliny uprawne będą najprawdopodobniej hodowane na specjalnych plantacjach hydroponicznych. Część powierzchni cylindra zajmą ogromne okna-witryny, swobodnie przepuszczające światło, a jednocześnie niezawodnie zatrzymujące różne śmiercionośne promieniowania.
Oprócz pól i parków na wewnętrznej powierzchni astrogrodu znajdą się bajkowe oranżerie, obiekty sportowe, a nawet niewielkie jeziora i rzeki. Wyznaczone zostaną specjalne miejsca pod budowę budynków mieszkalnych. I raczej nie będą one przypominały dzisiejszych osiedli — wielopiętrowych domów niemal nieróżniących się od siebie.
To właśnie tutaj otworzy się prawdziwa przestrzeń dla twórczej myśli architektów i artystów, twórców piękna i prawdziwej przytulności. Być może wybiorą oni domy-plastra miodu, otwarte na słońce i świeże powietrze; być może niewielkie indywidualne domki z ogródkami i klombami. Tak czy inaczej, jedno jest pewne: w dzielnicach mieszkalnych miast kosmicznych nie pozostanie nic z tego skostniałego standardu, który tak bardzo nas dziś razi.
810219.jpg
Tak wyobrażają sobie artyści-fantasty G. TISZCZENKO (u góry) oraz W. BURMISTROW (u dołu) przyszłe przedsiębiorstwa przemysłowe na Księżycu i na orbitach okołoplanetarnych.
810220.jpg
W pobliżu dzielnic mieszkalnych znajdą się instytucje naukowe i administracyjne. Natomiast produkcję przemysłową, zautomatyzowaną do tego stopnia, że nie wymaga bezpośredniej ingerencji człowieka, celowo ulokuje się w stanie nieważkości — na podłużnej osi astrogrodu, wysoko nad głowami jego mieszkańców. Powstaną tu odlewnie i spawalnie, potężne klimatyzatory oraz instalacje regeneracji wody i powietrza.
Centra czołowych części obracającego się cylindra zajmą kosmiczne dworce. Stąd startować będą międzyplanetarne statki dalekiego zasięgu, a także towarowe „promy” odwożące na Ziemię kontenery z najcenniejszymi kryształami i stopami.
Na całej zewnętrznej powierzchni astropolis (oczywiście z wyjątkiem ogromnych „okien”) zostaną rozmieszczone baterie słoneczne, niezbędne do zapewnienia mu energii. A jeśli w pewnym momencie ich kolosalna powierzchnia okaże się niewystarczająca, z pomocą przyjdzie rezerwowa elektrownia jądrowa, umieszczona na osi cylindra, w pobliżu zakładów przemysłowych. Gdy zaś energia będzie wytwarzana w nadmiarze, potężna wiązka laserowa lub strumień promieniowania wysokiej częstotliwości przekaże ten nadmiar na Ziemię.
Oczywiście nie można zagwarantować, że budowniczowie astrogrodów zatrzymają się właśnie na tym projekcie. Możliwe są i inne konstrukcje: stożek z przezroczystą podstawą stale zwróconą ku Słońcu, albo długi łańcuch połączonych magnetyczną koleją „koralików” o długości 100 metrów, być może nawet opasający planetę i zamknięty w pierścień na wzór saturnowego — lub coś jeszcze bardziej niezwykłego. Jedno jest pewne — astrogrody powstaną.
Nie „konserwowe puszki dla ludzi”, lecz miasta światła i radości, szczęśliwej pracy i barwnego życia — prawdziwe satelity pięknej Ziemi, rodzinnej planety, do której zawsze można powrócić po zakończeniu zaplanowanych prac. Albo po prostu polecieć na urlop.

OSIEDLA NA SELENIE
Wyjście ludzi w kosmos z pewnością nie zakończy się stworzeniem „miast eterycznych” według Ciołkowskiego. Drugim stopniem na drabinie prowadzącej w nieskończoność bez wątpienia stanie się odwieczny satelita Ziemi — Księżyc. Już dziś po martwej powierzchni tego ciała niebieskiego poruszały się pierwsze samobieżne pojazdy — radzieckie „Łunochody” i amerykańskie łaziki księżycowe z załogami. A kiedyś pojawi się tu pierwsza kolonia „osadników Selene”. (Jak wiadomo, jest to jedno z wielu imion „srebrnego globu”). Opierając się na wieloletnim doświadczeniu badań antarktycznych, nietrudno wyobrazić ją sobie już teraz.
Praca na Antarktydzie nie jest łatwa. Okrutne mrozy, sięgające niekiedy minus 80°C, niemal całkowity brak jakiegokolwiek życia, ciągła pokrywa lodowa o grubości kilku kilometrów... Mimo to z powodzeniem pracują tu entuzjaści z różnych krajów świata. W lodach zbudowano ocieplone mieszkania, wzniesiono magazyny żywności i paliw. Oczyszczono lądowiska, opracowano własny sprzęt transportowy, przystosowany do miejscowych warunków.
Przyroda Księżyca jest jeszcze surowsza. Temperatura nocą spada tu do minus 150°C, a w dzień wzrasta do plus 130°C. Nie ma tu ani śniegu, ani lodu — tylko martwe skały. Łagodne góry, kratery po upadkach meteorytów oraz stosunkowo równe obszary „mórz”.
A przede wszystkim — na Księżycu nie ma ani powietrza, ani wody.
A jednak i tutaj można z powodzeniem zbudować mieszkania, których ściany i dach ochronią człowieka przed zimnem i upałem, przed meteorytami i promieniowaniem kosmicznym.
Najprawdopodobniej pierwsze pomieszczenia mieszkalne i robocze zostaną zlokalizowane poniżej poziomu gruntu. Po przejściu przez specjalną śluzę i zdjęciu skafandra księżycowy „zimownik” znajdzie się w komfortowych, ziemskich warunkach.
Miejscowa ludność nie będzie odczuwać niedoboru energii — dostarczą jej elektrownie jądrowe i słoneczne. Po poprzecinanych kraterami równinach poruszać się będą pojazdy samobieżne, podobne zarówno do swego „przodka” — „Łunochoda-1”, jak i do arktycznych i antarktycznych „kolegów”. W pobliżu kolonii powstanie niewielki kosmodrom. Z czasem na Księżycu pojawią się także własne zakłady przemysłowe — należy sądzić, że jest on bogaty w surowce mineralne zalegające niedaleko powierzchni. To właśnie tutejsze huty metali będą zaspokajać potrzeby orbitalnych astrogrodów.
Kiedyś będą tu żyły setki tysięcy, a nawet miliony ludzi. Wiele starożytnych kraterów, przykrytych przezroczystymi kopułami, zamieni się w kwitnące oazy. Szybkie drogi połączą rozproszone przyczółki ludzkiej cywilizacji w jedną całość. A potem być może pojawi się także kwestia stworzenia tu normalnej atmosfery — wszak potęga człowieka komunistycznej przyszłości jest nieograniczona. Na miejsce pionierów przyjdzie nowe pokolenie — rdzenni mieszkańcy Księżyca, prawdziwi „selenici”. Nie można wykluczyć, że nawet zewnętrznie będą się oni od nas różnić. I całkiem możliwe, że to właśnie oni staną się inicjatorami przekształcania innych planet Układu Słonecznego.
Lecz nawet gdy życie na Księżycu stanie się łatwe i pełne, gdy jego gleba zazieleni się, a niebo nad głową stanie się błękitne dzięki odtworzonej atmosferze, nawet wtedy najlepszym i najpiękniejszym ze światów pozostanie nasza Ziemia — prawdziwa kolebka ludzkości.
WASILIJ DMITRIEW